Afera wększa od Amber Gold – jak GetBack wyrolował Polaków i rząd?

Debiut na GPW z wyceną na ponad 2 mld zł, szybki wzrost cen akcji i świetne rekomendacje od „analityków” – tak w skrócie wyglądały początki GetBacku na warszawskiej giełdzie. „Analityków”, którzy otrzymywali od firmy pieniądze. Wszystko opierało się na spekulacji. Od kilku miesięcy wiadome było, że bańka pęknie. Jak to jednak możliwe, że nikt nie zainteresował się sytuacją windykatora? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

O co ta afera?

Afera wększa od Amber Gold - jak GetBack wyrolował Polaków i rząd?

Tą sprawą od kilku tygodni żyje cała Polska. Drugi największy windykator w Polsce wyrolował rynek. GetBack od momentu wejścia na giełdę sprzedał swoje obligacje ponad 9-tysiącom inwestorom za łączną kwotę 2,6 mld złotych. Dziś spółka jest już niemal bankrutem. Sprzedaż nakręcali nierzetelni pośrednicy, którzy czerpali z tego horrendalne zyski. Do końca kwietnia firma miała przedstawić roczny raport finansowy. Dokumentu wciąż nie ma, a data jego publikacji wciąż jest przesuwana. Bardzo duża część inwestorów pozyskała papiery po wrześniu 2017 roku, a właśnie z tego okresu pochodzą ostatnie dane na temat kondycji finansowej firmy. Wiele osób kupowało obligacje spółki bazując na zapewnieniach, że inwestycja zwróci się z nawiązką. Już wiadomo, że nie tylko nie zarobią, ale prawdopodobnie stracą włożone w to pieniądze. Jak donosił bankier.pl, aż 80 proc. obligacji mogło zostać pozyskanych przez inwestorów detalicznych, czyli zwykłych ludzi. Eksperci stawiają sprawę jasno: GetBack może być aferą większą niż Amber Gold, podczas której – według prokuratury – nawet 19 tys. osób zostało pokrzywdzonych na kwotę 851 ml zł.

Jak to się zaczęło?

W czerwcu 2016 roku konsorcjum funduszy private equity na czele z Abrisem wykupiło od ówczesnego właściciela GetBacku Leszka Czarneckiego wszystkie udziały za 825 mln złotych. Nieco ponad rok później spółka z przytupem wchodzi na warszawską Giełdę Papierów Wartościowych. Wyceniono ją na ponad 2 mld złotych! Cena jednej akcji wynosiła 18,56 zł. Kilka miesięcy później, bo już w październiku, osiągnęła ona maksymalną wartość – 28,6 zł. Od tego czasu już tylko spadała. W połowie kwietnia bieżącego roku jedna akcja GetBacku kosztowała 3,75 zł. Od debiutu cena spadła wiec o 80%. Co przez ten czas robili przedstawiciele firmy windykacyjnej? Chwalili się, że w samym tylko III kwartale 2017 roku zarobili 70 mln złotych, a łącznie zysk w pierwszych dziewięciu miesiącach roku wyniósł 180 mln zł. Spółka jednak nie zarabiała, nie wychodziła nawet „na zero”. Notowała za to niebotyczne straty. Dlaczego więc nikt się tym nie zainteresował?

Debiut z kasą

Dzień przed debiutem na GPW GetBack sprzedał akcje o wartości 740 mln zł. Ofertę przygotowało osiem biur maklerskich, które mogły zarobić na tym interesie nawet 75 mln złotych. Dziennik Gazeta Prawna porównuje tę sytuację do debiutu sieci Dino Polska, czyli największego ubiegłorocznego giełdowego debiutanta. Ich oferta kosztowała maksymalnie 60 mln, przy czym wartość emisji wyniosła 1,7 mld złotych. W przypadku GetBacku kluczowe znaczenie miało podejście analityków, którzy tylko z założenia byli niezależni. Maklerzy, którzy pomagali windykatorowi wejść na giełdę nie mogli przecież powiedzieć „uważajcie na nich”. Inwestorzy z każdej więc strony zasypywani byli pozytywnymi rekomendacjami na temat GetBacku. Analitycy nie krytykowali produktu, który sprzedawany był przez kolegów z tej samej firmy, znajdujących się w pokoju obok. Doradcy finansowi (tylko z nazwy) mieli zagwarantowaną solidną prowizję od sprzedaży obligacji.

Eldorado trwa w najlepsze

Agresywna sprzedaż zapewniała zyski wszystkim poza klientami. GetBack wpompowywał w rynek rzekę pieniędzy. DGP podaje, że od stycznia 2017 roku do końca marca bieżącego roku, podmioty zewnętrzne, przede wszystkim z sektora finansowego, otrzymały 250 mln zł. Z czysto biznesowego punktu widzenia, „analitycy” nie mieli żadnego interesu w tym, by ostrzec niczego nieświadomych inwestorów. Dla biur maklerskich GetBack był żyłą złota. Nic więc dziwnego, że pierwsze negatywne głosy pojawiły się dopiero w marcu bieżącego roku, gdy statek już tonął. Jak to możliwe, że sprawą nie zainteresowała się Komisja Nadzoru Finansowego? Windykator swoje papiery sprzedawał w ofertach prywatnych, które mogły być skierowane maksymalnie do 149 podmiotów. W takim wypadku nie trzeba przygotowywać prospektu emisyjnego, który musi zatwierdzić KNF. GetBack takie oferty prowadził raz za razem, dlatego też inwestorów uzbierało się 9 200, jednocześnie unikając kontroli rządowego organu.

„Góra” wiedziała co się święci

Jak to się stało, że GetBack nabrał nie tylko tysiące inwestorów, ale również organy państwowe, które nie zaalarmowały obywateli o potencjalnych nieprawidłowościach? Zacznijmy od pierwszego aspektu. Jak wspominaliśmy, prawdopodobnie ogromną część inwestorów stanowili zwykli ludzie, którzy przeznaczyli na ten cel swoje oszczędności. Niczego nieświadomy Kowalski był zapewniany, że obligacje GetBacku to bezpieczny wybór, gwarantujący 5,5 proc. zysk w skali roku. To zdecydowanie więcej niż wynosiło oprocentowanie lokat. Wielu indywidualnych klientów poszukiwało alternatywy dla bankowych produktów, które ze względu na niskie stopy procentowe nie gwarantowały pokaźnej stopy zwrotu. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden aspekt – solidne prowizje dla pośredników. Sprzedawcy otrzymywali nawet 4 proc. od wynegocjowanej kwoty. Parkiet.com informuje, że zarząd spółki zdawał sobie sprawę z nadchodzącej katastrofy. Jeszcze w grudniu kilku klientów zainwestowało w obligacje GetBacku po 10 mln zł. W styczniu natomiast zarząd zdecydował, że jeśli klient zakupi papiery z możliwością szybkiego wykupu, to pośrednik nie otrzyma prowizji. W marcu, czyli tuż przed krachem, prowizje zostały podniesione.

Stracone pieniądze

Do 30 kwietnia GetBack miał obligatoryjnie przedstawić roczny raport ze swojej działalności. To jednak nie nastąpiło, a zamiast tego termin został przesunięty, najpierw na 15 maja, a teraz na 21 maja. Powód? Wina Deloitte, czyli firmy audytorskiej, która nie zdążyła sprawdzić wszystkich portfeli spółki. Tak czy inaczej już teraz wiadomo, że prognozy są dramatyczne. Zamiast zysków, którymi windykator chwalił się jeszcze kilka miesięcy temu, gigantyczne straty. W 2017 roku wyniosły one nawet miliard złotych, o czym poinformowała spółka w wydanym komunikacie. W praktyce więc, gdy inwestorzy mamieni byli zyskami, firma traciła ich pieniądze w ekspresowym tempie. Trudno przypuszczać, że GetBack odkupi od nich papiery dłużne. Wydaje się to niemożliwe, bo po prostu nie ma za co. GetBack to bankrut. Jeśli więc inwestorzy odzyskają pieniądze, to tylko ich część.

Komentujesz: “Afera wększa od Amber Gold – jak GetBack wyrolował Polaków i rząd?

  1. Czy kogoś później dziwi, ze Polacy trzymaja pieniadze w skarpecie albo na lokatach, które albo w ogóle nie przynoszą zysku, bo inflacja, albo wychodzimy na zero? Ci, którzy uwierzyli w 5-9 procent od GetBack dopiero zaczną się wkurzać jak się okażę, że nie odzyskają ani złotówki. GetBack ogłosi bankructwo i tyle, a pewnie wielki pan doradca zapewniał, ze skoro sa to obligacje dłużne, to GetBack będzie musiał je wykupić.

  2. A państwo tylko się przyglądało i nic nie zrobiło. KNF wyrolowane w białych rękawiczkach, zresztą jak wszyscy, którzy zainwestowali w GetBack. Redaktorek dobrze napisał – GetBack pokazał paranoje Giełdy i to jak można nami manipulować.

  3. No właśnie i jak później ufać tym pseudo doradcom finansowym i innym giełdowym analitykom skoro najważniejsze dla nich jest napchanie sobie kieszeni cudzymi pieniędzmi, co z tego, ze niewinni ludzie straca oszczednosci zycia, interes sie kręci.

  4. Afera goni aferę, państwo się bogaci, a traci szary obywatel….Takie cyrki to tylko w Polsce. A potem jest wielkie zdziwienie, że Polacy nie chcą inwestować, że nie oszczędzają…Może i nie inwestują, ale przynajmniej potem nie stracą dorobku życia przez takie „super okazje”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *